Są miejsca, które opuszczamy tylko pozornie. Oddalamy się od nich, zmieniamy adresy i przyzwyczajenia, poznajemy nowych ludzi, a jednak ich obrazy pozostają w nas na długo. Czasami wystarczy zapach mokrej ziemi, szum drzew albo światło padające na znajomą drogę, aby powróciło wspomnienie, którego wcale nie próbowaliśmy przywołać.
Dla mnie takim miejscem są rodzinne strony. Sieradz i pobliski Wróblew wiążą się z dzieciństwem, pierwszymi obserwacjami świata oraz poczuciem bliskości natury. Wspomnienia nie układają się jednak w równą opowieść. Przychodzą fragmentami: pojedynczym obrazem, czyimś głosem, gestem albo szczegółem, który dla innych mógłby nie mieć żadnego znaczenia.
Powroty po latach bywają zaskakujące. Miejsca wydają się mniejsze, drogi krótsze, a krajobraz nie zawsze odpowiada temu, który zachowaliśmy w pamięci. Zmienia się otoczenie, ale zmieniamy się również my. Być może dlatego każdy powrót jest jednocześnie spotkaniem z dawną wersją samego siebie.
Takie miejsca często odnajdują później drogę do literatury. Nie zawsze pod własną nazwą i niekoniecznie w dokładnie zapamiętanym kształcie. Stają się tłem wydarzeń, nastrojem albo przestrzenią, w której bohater może na chwilę zatrzymać się i usłyszeć własne myśli.
Pisząc, można powrócić tam, gdzie nie prowadzi już żadna mapa. Można na nowo zobaczyć dom, ogród, drogę albo
pole, choć istnieją już inaczej — pomiędzy pamięcią a wyobraźnią.
Może właśnie dlatego niektóre miejsca nigdy nas nie opuszczają. Czekają cierpliwie, aż znów będziemy gotowi do nich wrócić.

